Zamiast dumnie wyskoczyć oknem, daję się wlec po schodach. Co gorsza, daję się wlec po schodach, choć wcale nie muszę skakać. Przegrywam. I co z tego? W końcu w byciu przegranym jest coś wyzwalającego, nieprawdaż?
Tak więc wlecze mnie ten K., choć w końcu całkiem nieświadomie i uderzam głową o każdy stopień po kolei, zaciskając zęby i prosząc, żeby to nie był ostatni. Ale do miłości nie można nikogo zmusić. I co gorsza do obojętności też.